Historie z paragrafem w tle, prawdziwe czy nie, Wy decydujecie :-)
Czwartek, Wrzesień 10, 2020, 16:01 | 1 Komentarz »

W jeden z upalnych dni lipcowych adwokat Antoni Wąsik zmierzał powolnym krokiem do sądu na wyznaczoną w godzinach porannych rozprawę.

Przyszłość jawiła się mecenasowi zgoła w ciemnych barwach, bo duszący żar lejący się z nieba nie napawał Wąsika optymizmem. Nie podzielał entuzjazmu młodszych kolegów po fachu, że trafi mu się wreszcie proces stulecia, który przyniesie sławę i pieniądze, bo im dalej w las, tym było, niestety ciemniej.

Kawa wypita na śniadanie również przestała dostarczać skoków ciśnienia, więc dla innych rzeczone godziny poranne, dla mecenasa wydawały się jeszcze głęboką nocą.

Dowlókłszy się do budynku sądu, mecenas Antoni Wąsik usiadł ciężko na ławie ustawionej w korytarzu sądowym przed salami rozpraw.

Rozejrzał się z niepokojem notując w myśli , ile osób raczyło się stawić na dzisiejszą rozprawę. Z niemałym zadowoleniem stwierdził, że właściwie to na jego rozprawę przyszła tylko jedna osoba, która też, po pobieżnej ocenie Wąsika , nie wydawała się zbytnio zadowolona z pobytu w sądzie.

Oczywiście poza klientem mecenasa, który liczył , że nastąpi wreszcie dzień zakończenia jego sprawy sądowej, dogodnym dla niego wyrokiem.

Dlatego wizja wcześniejszego opuszczenia przez mecenasa sądu mogła się ziścić.

Po wywołaniu sprawy przez protokolanta i wejściu na salę zainteresowanych , sąd rozpoczął rozprawę. Sprawdził listę obecnych i poprosił świadka o podejście do barierki. Po odczytaniu świadkowi przez sąd jego praw i obowiązków, sąd odebrał dane osobowe i rozpoczął odbieranie zeznań.

- Czy wie pan w jakiej sprawie został wezwany?

- Nie mam pojęcia proszę sądu.

- A czy był pan świadkiem zdarzenia ? ( i tu sąd pokrótce opisał jakiego zdarzenia sprawa dotyczy) .

- Nie pamiętam proszę sądu.

- Z czego świadek się utrzymuje?

- No głównie to nie pracuję, bo przebywam w zakładach karnych najczęściej.

- Wobec tego jaki świadek ma zawód?

- Pracuję dorywczo zbierając złom. Ale teraz to nic nie zarabiam, bo jakoś sezonu nie ma.

- Czy zna pan obecnego na sali oskarżonego?

- No znać to znam, ale czy dobrze, to ja nie wiem.

Po wielu pytaniach „naprowadzających” świadek wciąż nie mógł sobie przypomnieć zdarzenia w związku z którym postawiono zarzut oskarżonemu.

Wobec braku pytań ze strony prokuratora oraz obrońcy Wąsika, sąd stwierdził, iż dowód z zeznań tego świadka został dopuszczony na wniosek samego oskarżonego, udzielił mu więc głosu aby ten zadał pytania.

- Słuchaj Zenek, co robiłeś 12 kwietnia dwa lata temu?

Świadek ( zdumiony) – no jak co, co ty nie wiesz że ja zazwyczaj w więzieniu siedzę?

- No ale Zenek, 12 kwietnia dwa lata temu to byłeś ze mną na imprezce?

- Ja nie pamiętam, stary, kto by pamiętał co było dwa lata temu, może i byłem na tej imprezce, ale mogłem też siedzieć w więzieniu.

Na takie dictum - oskarżony nie miał więcej pytań do świadka. Mecenas Wąsik również nie zadawał pytań, bo i jakie. Sąd zakończył przesłuchanie świadka i zezwolił na opuszczenie przez niego sali rozpraw i sądu.

Świadek poczłapał wolnym krokiem do drzwi i w ostatniej chwili z niespodziewaną werwą wrócił z powrotem do barierki.

Sędzia zapytał

- Czy coś świadkowi się przypomniało? Coś świadek chciałby powiedzieć?

- Tak, proszę sądu, przypomniało mi się coś.

Mecenas Antoni Wąsik spojrzał na oskarżonego i gdyby nadzieja wyrażona na twarzy jego klienta mogła być słyszalna, w małej sali rozpraw grały by fanfary, bębny i fujarki.

Słucham świadka – rzekł sąd.

- A bo proszę sądu tak mi się przypomniało na szczęście, i w ostatniej chwili, czy ja mogę dostać zwrot pieniędzy za przyjazd do sądu?

Muzyka ucichła. Sąd odpowiedział

- Tak proszę pana. Może pan uzyskać zwrot wydatków, które poniósł w związku ze stawiennictwem w dniu dzisiejszym w sądzie , po złożeniu wniosku albo teraz do protokołu bądź pisemnie w biurze podawczym sądu.

- To ja składam taki wniosek.

- Powinien pan we wniosku wskazać jakie koszty poniósł. Czym pan przyjechał do sądu? Autem?

- A gdzie tam panie sędzio autem ! Pociągiem przyjechałem.

- Ile zapłacił pan za bilety?

- No nic nie zapłaciłem.

- Więc jakiego zwrotu i jakich kosztów pan się domaga ? Zapytał skonfundowany nieco sąd.

- To przecież mówię, nie miałem biletu, kanar mnie złapał i wlepił mandat. 50 zł.

Sąd z niedowierzaniem – świadek chce aby sąd zwrócił mu za mandat?

- No tak, przecież mi się należy zwrot kosztów dojazdu, tak pan sędzia przed chwilą powiedział. Ja mam tutaj, o, ten mandat, powiedział świadek, dzierżąc go w dłoni. 50 zł, jak byk stoi. Tylko nie wiem, jak mam pokazać mandat, jeśli go dostanę wracając z powrotem, to chyba przesłać do sądu?

- Proszę świadka, Skarb Państwa nie będzie opłacał pańskich mandatów!

O nie, o nie, o nie! Rzekł klient mecenasa Wąsika wprost do jego ucha. Ja na pewno nie zapłacę, nie zapłacę! Tak to płać, za mandat, za wódkę na imprezach, a jak go pytałem gdzie był 12 kwietnia dwa lata temu, to niby nie wiedział!

https://www.zlotemysli.pl/prod/13923/blyskawiczne-przyswajanie-umiejetnosci-peter-hollins.html

 


środa, Kwiecień 22, 2020, 19:23 | 3 Komentarze »

W letni, upalny, duszny dzień, Jan K., rolnik, pracował w polu, zbierając w pocie czoła plony swojej ciężkiej pracy. Na pole przybył starym samochodem, który może nie był szczytem marzeń konesera motoryzacji, ale Jan K. nie był też typem podróżnika i pokonywał rzeczonym autem krótkie odległości, zazwyczaj z domu na pobliskie pola i z powrotem.

Samochód prezentował się jako lekka ruina na czterech kołach, odrapana, brudna i po prostu służąca wyłącznie do pokonywania krótkich odcinków do pracy, nawet żona Jana K. nie chciała do niego wsiadać; kiedy była potrzeba pojechać na większe zakupy do pobliskiego miasteczka zdecydowanie wolała rower.

Praca w polu w taki skwarny dzień wzmagała pragnienie, kiedy skończyły się wszystkie napoje, które zabrał ze sobą chłop, postanowił zaopatrzyć się ponownie w pobliskim wiejskim sklepiku.

Jan K. wsiadł do auta i ruszył....

W tym samym czasie, na pobliskiej polnej drodze , zaparkowany w cieniu przydrożnego drzewa stał policyjny radiowóz. Policjanci też ludzie, i patrol na drodze w pełnym słońcu, przez dłużące się godziny służby, nie był tym co lubili najbardziej, zjechali więc na okoliczną drogę, by trochę odpocząć.

Troje funkcjonariuszy w wozie policyjnym , dwóch mężczyzn i kobieta, zaczynali odpoczynek, gdy zobaczyli w tumanach kurzu zbliżający się w ich kierunku samochód.

Nie zainteresowałoby ich to szczególnie, o ile śliczna, młoda funkcjonariuszka, dopiero nie przyuczała się do służby, dlatego musieli reagować na wszelkie wykroczenia drogowe.

A w tym przypadku było pole do popisu....

A mianowicie, przybliżające się auto, nie dość, że brudne, że odrapane, że rzeżące, nie miało świateł !

Uściślając – jeden, prawy reflektor był uszkodzony.

Policjanci wysiedli szybciutko z radiowozu, założyli czapki i stop – zatrzymali samochód.

Kierowca, a był nim nasz Jan K. nie wysiadając z auta, uchylił korbką szybę i oczekiwał, jakiej pomocy mógłby udzielić policjantom, bo sobie nie miał nic do zarzucenia. Był czwartek, a napoje wyskokowe, pod czujnym okiem żony, mógł spożywać tylko w soboty, i to też, nie w każdą.

I to było jedyna „przewina” jakiej się dopuszczał.

Jeden z policjantów zapytał :

- Czy wie pan dlaczego go zatrzymaliśmy?

- Nie wiem panie władzo, jak Boga kocham!

- W prawym przednim reflektorze brakuje światła.

- Jak brakuje? Przecież lampa jest, a że nie świeci? Panie władzo, ja tylko z pola po oranżadę do sklepu jadę, tu zaraz, niedaleko.

- Pomimo to, jest obowiązek zapalania świateł w aucie, pan go naruszył.

- Władzuniu kochana, toż to ja w polu jestem, do sklepu tylko... zaraz wracam.

- Niestety, za to jest mandat 100 zł i 2 punkty karne. Przyjmuje pan mandat?

- Panie władzo, pan czeka, kochany, wysiądę i zaraz się dogadamy....

Jan K. wysiadł ze swojego auta, zbliżył się do radiowozu, w którym siedzieli pozostali funkcjonariusze. I rozpoczął, w późniejszym odczuciu policjantów, przedziwne negocjacje.

Władzuniu, dobrze, „wita rozumita”, światła to może i nie ma, ale żeby zaraz tak mandat dawać.... Mateńko kochana, po co mandat, po co to kłopot robić, ja wiem, wy zmęczeni, głodni pewnie i panienka taka śliczna, po co to męczyć pisaniem takie niczego sobie rączki.... To ja dam 150 zł, a wy mi mandatu i punktów za to nie dacie.

Policjantom pierwszy raz zdarzyło się, że zatrzymany, podbijał stawkę samego mandatu, zaskoczeni więc, ale podejrzliwi,że to jakaś „podpucha' tłumaczą :

- Panie, mandat 100 zł i 2 punkty karne, przyjmuje pan, czy nie? -

- Och, władzuniu kochana, rozumiem, 150 zł to mało? No tak, 50 zł na łebka, to i na MacDonaldsa nie starczy, no to może zgoda będzie na 180 zł? I dam i pojadę sobie i zapomnimy o sprawie.

To już policjantom wydało się całkiem podejrzane.

- Panie, przyjmujesz pan mandat czy nie? Może pan nie przyjmować, wtedy sprawę kierujemy do sądu, i tam rozstrzygną, czy jest pan winien czy nie.

Jan K. zafrasował się nieco, nie mógł zrozumieć, dlaczego jego propozycja nie została przyjęta, i jeszcze sądem go straszą. W sądzie to już w ogóle sprawiedliwości nie ma, wie, jak to było z tą miedzą u sąsiadów.

-  Panie złoty, nie strasz pan, ja toć wiem, że i wina może być moja, to ja wam dopłacę jeszcze, może 200 zł starczy?

- Proszę pana, to co pan teraz próbuje robić, jest przestępstwem, to jest próba przekupstwa, jeśli pan nie przestanie, postawimy panu dodatkowy zarzut z art. 229 kodeksu karnego, za to grozi kara pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat !

I tak gaworzyli sobie policjanci z Janem K. Ten podbijał stawkę, a policjanci całkiem skołowani, nie rozumiejąc o co chłopu chodzi, resztkami sił i cierpliwości próbowali mu tłumaczyć, jakiego przestępstwa się dopuszcza, bo policjanci nie byli aż tak zawzięci, żeby za brak światła, od razu kierować sprawę do sądu z ciężkim zarzutem przekupstwa.

Pomimo to, Jan K. obstawał przy swoim.

Sprawa znalazła więc finał w sądzie.

Mecenas Antoni Wąsik, siedząc na ławie obrońcy , wysłuchał zeznań funkcjonariuszy policji z zainteresowaniem. Jan K., jego klient z urzędu, nie potrafił we wcześniejszej z nim rozmowie wyjaśnić swojego postępowania. Przyznawał się do wszystkiego, w tym do zarzutu usiłowania wręczenia coraz wyższej łapówki policjantom.

Składając wyjaśnienia przed sądem, Jan K. szczegółowo opisał swoje działanie, po czym wyraził skruchę i żal, uroniwszy nawet łzę jedną, co by to było bardziej teatralne, tak radził mu sąsiad „od miedzy”.

Na dzisiejszej rozprawie przewodniczyła sędzia, która tak jak cała reszta obecna na sali, gorąco była zaintrygowana motywami postępowania Jana K.

Sędzia zwróciła się do niego:

- Panie oskarżony, czy odpowie pan na dodatkowe pytania sądu?  - Tak, pse pani...odpowiedział zdenerwowany Jan K.

- Panie oskarżony, proszę wstać, i powiedzieć sądowi, co panem kierowało?

- Bo pse pani... to było tak....

Mecenas Antoni Wąsik, nie zdążył zareagować i zwrócić uwagę klientowi, aby nie zwracał się do sądu per pani,kiedy zareagował sąd, podnosząc głos:

WYSOKI SĄDZIE !

Na co, skonfundowany Jan K. , rozejrzawszy się na boki po małej sali sądowej, ujrzał stojące przy stanowisku protokolantki wolne krzesło.

A że nie składał wyjaśnień z ławy oskarżonych, tylko zza barierki dla świadków, ze względu na małe gabaryty sali, owej ławy było brak, podbiegł chyżym truchcikiem do krzesła, chwycił je w silne chłopskie dłonie, ustawił obok barierki i.... siadł.

Sąd zatkało wyrażając się kolokwialnie, mecenasa trochę też.

Sędzia zawołała – panie oskarżony, co pan w ogóle teraz robi???

- No jak co, odpowiada urażony Jan K.

- Pse pani powiedziała PAN SE SIĄDZIE, to żem siadł.

Powiedzieć, że sędzia ręce załamała to mało.

Mecenas Antoni Wąsik, nie był już specjalnie zaskoczony; od czasów, gdy zaczynał praktykę adwokacką, jeden z pierwszych klientów, który do niego przyszedł ze sprawą „zasiedzenia rury kanalizacyjnej należącej do miasta” , obiecał sobie, że niewiele go będzie zaskakiwać przynajmniej w życiu zawodowym.

Sędzia zapytała:

- Panie Mecenasie, czy pan ma jeszcze jakieś pytania do oskarżonego?

- Tak proszę sądu, jedno pytanie, jeśli sąd pozwoli.

- Panie oskarżony, czy potrafi pan wyjaśnić, skąd u pana pomysł, aby nie przyjmować mandatu za tak błahą sprawę, a dopuścić do tego, że stanął pan przed sądem pod zarzutem usiłowania łapownictwa?

Jan K.

- To bardzo prosta odpowiedź jest, żona mi tego dnia rano powiedziała, że jak jeszcze raz, wrócę do domu z mandatem za jazdę tym rzęchem, to ona już sama się ze mną policzy, i z tym rupieciem też sprawę załatwi.... A wie, pse pani, to straszna hetera jest!

 

Art. 229. kodeksu karnego określa przestępstwo przekupstwa w poniższy sposób:

§ 1. Kto udziela albo obiecuje udzielić korzyści majątkowej lub osobistej osobie pełniącej funkcję publiczną w związku z pełnieniem tej funkcji, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

§ 2. W wypadku mniejszej wagi, sprawca podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

§ 3. Jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 działa, aby skłonić osobę pełniącą funkcję publiczną do naruszenia przepisów prawa lub udziela albo obiecuje udzielić takiej osobie korzyści majątkowej lub osobistej za naruszenie przepisów prawa, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

§ 4. Kto osobie pełniącej funkcję publiczną, w związku z pełnieniem tej funkcji, udziela albo obiecuje udzielić korzyści majątkowej znacznej wartości, podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12.

§ 5. Karom określonym w § 1-4 podlega odpowiednio także ten, kto udziela albo obiecuje udzielić korzyści majątkowej lub osobistej osobie pełniącej funkcję publiczną w państwie obcym lub w organizacji międzynarodowej, w związku z pełnieniem tej funkcji.

§ 6. Nie podlega karze sprawca przestępstwa określonego w § 1-5, jeżeli korzyść majątkowa lub osobista albo ich obietnica zostały przyjęte przez osobę pełniącą funkcję publiczną, a sprawca zawiadomił o tym fakcie organ powołany do ścigania przestępstw i ujawnił wszystkie istotne okoliczności przestępstwa, zanim organ ten o nim się dowiedział.

Korupcja ma miejsce wówczas gdy ktoś chce osiągnąć dla siebie jakiś cel i obiecuje, oferuje lub wręcza korzyść majątkową, osobistą lub inną osobie, która piastuje funkcje publiczne lub gospodarcze po to by cel ten uzyskać.

Funkcjonariuszami publicznymi w tym znaczeniu są : Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, poseł, senator, radny, sędzia, ławnik, prokurator, notariusz, komornik, kurator sądowy, osoba orzekająca w sprawach o wykroczenia lub w organach dyscyplinarnych działających na podstawie ustawy, urzędnik, pracownik organu kontroli państwowej lub organu kontroli samorządu terytorialnego, osoba zajmująca kierownicze stanowisko instytucji państwowej , funkcjonariusz organu powołanego do ochrony bezpieczeństwa publicznego albo funkcjonariusz Służby Więziennej, zawodowy żołnierz, prezes spółdzielni mieszkaniowej, dyrektor przedsiębiorstwa państwowego, lekarz w publicznym ośrodku zdrowia, diagnosta samochodowy itp.

Część z profesji i funkcji ww. została określona w art. 115 § 13 i § 19 Kodeksu Karnego.

W przypadku innych np. prezesa spółdzielni mieszkaniowej, diagnostyka samochodowego, wypowiadał się Sąd Najwyższy, który orzekł ,że jakkolwiek osoby te nie sprawują funkcji publicznej, jednak ich rozstrzygnięcia mają wpływ na sposób rozporządzania publicznymi pieniędzmi.

Przeważnie spotykaną formą korupcji jest łapownictwo.

W prawie karnym spotyka się dwie jego odmiany: bierną ( ci którzy przyjmują) i czynną (ci którzy oferują). Art. 228 § 1 Kodeksu karnego określa łapownictwo bierne, potocznie określane jako sprzedajność.

Na mocy tego artykułu można skazać funkcjonariusza publicznego, który łapówkę przyjmuje.

Przestępstwem z art. 228 § 1 Kodeksu karnego jest na przykład żądanie łapówki przez policjanta wydziału ruchu drogowego, a wyżej już wymieniony art. 229 Kodeksu Karnego określa przekupstwo, czyli łapownictwo czynne, potocznie nazywane przekupstwem. Może je popełnić każdy, kto wręcza , bądź obiecuje wręczyć łapówkę w zamian za załatwienie interesującej jej sprawy w urzędzie czy instytucji. 

https://www.zlotemysli.pl/new,izabelakatarzyna,1/prod/13725/pokonaj-siebie-piotr-porowski.html


środa, Kwiecień 22, 2020, 18:53 | 3 Komentarze »

Ten dzień zaczął się dla adwokata Antoniego Wąsika nieznacznie inaczej niż pozostałe dni, podczas których wykonywał swoje obowiązki obrońcy wyznaczonego z urzędu w miejscowym sądzie. Właściwie, to wcale nie zaczął się inaczej, zapowiadał się po prostu na zwykły dzień.

Sprawa w której dzisiaj występował dotyczyła włamania do domu w małej podwarszawskiej miejscowości, spokojnej i zielonej przez większość roku. Część klientów „ z urzędu” raczej nie pała gigantyczną chęcią do wcześniejszego kontaktu ze swoim obrońcą, jeśli już dają się poznać, to najczęściej dopiero na korytarzu sądowym. Przy pewnej dozie szczęścia tak adwokata jak i klienta, niektórzy mogą stawić się w sądzie na rozprawie, ku własnemu zdumieniu, wciąż przebywając na wolności.

Druga opcja, to kiedy adwokat poznaje klienta również w sądzie, ale po dowiezieniu danego delikwenta z aresztu bądź z zakładu karnego, w którym jegomość, spędza mnogość swojego życia. Inne opcje są tak marginalne, że nawet nie warto o tym wspominać, trzeba pamiętać tylko, że taki kontakt nie jest wyłącznie dla czystej przyjemności adwokata, który zazwyczaj już wcześniej czytał akta sprawy, lecz dla dobra klienta, bo może on wtedy omówić swój punkt widzenia na sprawę; a mówiąc bardziej elegancko i fachowo – może ustalić ze swoim obrońcą tzw. „linię obrony”.

Kiedy więc mecenas ujrzał na korytarzu delikwenta ni to kulącego się, ni zrywającego do biegu, a nie podejmującego jednak w tym zakresie żadnej akcji, czyli jednak, bezwolnego i pogodzonego jakby z tym co ma nastąpić, innymi słowy pozostającego pod salą rozpraw i oczekującego na wywołanie sprawy – podszedł do niego, pytając o nazwisko, aby się upewnić, iż to tego klienta ma dzisiaj bronić przed karzącą ręką sprawiedliwości.

Nie jest to takie oczywiste, często podsądni błądzą po korytarzach sądowych niczym dzieci we mgle, bo mają tyle spraw różnych „za uszami”, że w pewnym momencie liczne paragrafy wskazane na wokandach sądowych stają się im obojętne – jak dzisiaj kradzież, to jutro może być i oszustwo, taka to życiowa droga wielu z nich.

Tym razem mecenas Antoni Wąsik trafił „ w punkt” - tak, to był jego klient. I zaczęła się gehenna, bo zazwyczaj to cierpienie, jeśli nie dla adwokata to dla klienta – ustalanie „linii obrony” w sprawie beznadziejnej.

Tak, nie należy dawać się zwieść, bywają sprawy beznadziejne, jest ich nawet o wiele więcej, niż tych, które dają komukolwiek jakąkolwiek nadzieję. W tym na wolność przez najbliższe kilka lat.

- Proszę pana – zapytał mecenas – czy wie pan, o co jest oskarżony w dzisiejszej sprawie?

- No wiem, pewnie i gromko odpowiada klient.

- Innymi słowy ustalmy, mówi mecenas – z akt sprawy wynika, że przyznał się pan do zarzucanego czynu, czyli do tego, iż włamał się do obcego domu oraz zabrał stamtąd wiele różnych przedmiotów?

- A co pan mecenasie opowiada? Pyta klient wykazując przy tym bezbrzeżne zdumienie – JA? JA? Wkradłem i ukradłem? No nieprawda.

Gdyby powiedzieć teraz, że cierpliwość mecenasa została narażona na szwank, nie byłaby to prawda – to jeszcze nie ten moment, to dopiero początek, wiedział o tym dzięki wieloletniej praktyce.

Acha, odpowiedział więc inteligentnie i z szacunkiem mecenas. -

- Pytam dlatego, gdyż z akt sprawy wynika, jak już wspomniałem wcześniej, iż szanowny pan wraz ze swoim, równie zapewne czcigodnym kolegą, raczył wejść do pewnego domu nocą, który dla waszego szczęścia i niechybnie farta mieszkańców, był pusty. Tej nocy właściciele domu, nie przebywali w nim, albowiem ma on przeznaczenie głównie weekendowe i wakacyjne.

- Po czym, kontynuował mecenas, po wejściu do środka, i nie powiem, że poprzez wirtualny portal, choćbym bardzo chciał, jednakże nie przez drzwi, a przez zwykłe okno, po uprzednim wybiciu szyby i otwarciu, zniszczyli panowie co nieco, wyrywając mosiężne gałki z drzwi, mosiężne elementy z innego wyposażenia domu, w celu znanym tylko panom, a następnie rozejrzawszy się po domostwie, zauważyliście na ścianach obrazy, które zachwyciły was do tego stopnia, iż postanowili panowie nie wychodzić bez nich, bo jak mniemam – i pan i kolega, w wolnych chwilach pasjonujecie się sztuką i uznaliście, że takie wiekopomne dzieła wisieć bez obserwatorów nie mogą. Smaku dodaje fakt, że jeden z obrazów miał rozmiary „Bitwy pod Grunwaldem” i jak udało się go w całości i w ramach wynieść przez wspomniane, zwykłe okno, nikt nie potrafi odpowiedzieć.

- Ale ja tam się nie „wkradłem i nie ukradłem” zarzeka się klient. -

- Ależ ja się nie upieram przy tej wersji, rzecze mecenas, tylko chciałbym wiedzieć, jak pan sądowi wytłumaczy szczegółowe wyjaśnienia, w których z detalami opowiedział organom ścigania, w jaki sposób, wraz z kolegą dostał się do środka domu, zamkniętego na kilka zamków?

- No bo panie mecenasie, bo ja prawdę policjantom powiedziałem, ja tam byłem, owszem, z kolegą, a i prawda jest taka, że to w lutym było i w nocy. I tu mecenas, wyrażając się kolokwialnie lekko zgłupiał.

- Czyli przyznaje się pan? Upewnia się mecenas.

- Taaak.... przyznaję się, ale nie „wkradłem i nie ukradłem”, a kolega, to ja tam nie wiem.... Bo ja mecenasie kochany, to tam wszedłem, a wcześniej poszedłem, tak tylko dla towarzystwa, piwo się skończyło, to i robić nie było co, to poszedłem z kolegą, to prawda, byłem tam, ale nic nie zniszczyłem i nic nie zabrałem, a jak kolega – to jak powiedziałem, ja tam nie wiem.... Bo my to potem trochę pokłóciliśmy się, i ja kontaktu z nim nie mam.

Panie – to po coś pan tam polazł? Zniecierpliwił się Antoni Wąsik.

No mówię przecie, dla towarzystwa, tak tylko... A szybę w oknie to kolega chyba wytłukł, jak nie była wcześniej wybita...

No, to linię obrony mamy jak ch... pomyślał w cichości ducha adwokat.

Po wywołaniu sprawy, sąd rozpoczął procedowanie. Jedną z czynności, której podjął się sąd, było dokładniejsze ustalenie, co z domu zginęło i jakiej było wartości. Na rozprawę, oprócz klienta mecenasa Wąsika, stawił się – o dziwo! Również kompan jego klienta wraz ze swoim obrońcą, podobnie jak mecenas Wąsik, wyznaczonym z urzędu, oraz szereg świadków, w tym dwoje posiadaczy domu, czyli pokrzywdzeni.

Oskarżeni ochoczo skorzystali ze swojego prawa do składania wyjaśnień, które w miarę ich składania, zaczęły obrastać w nieprawdopodobne szczegóły, ale w mniemaniu obydwu oskarżonych, miały dowodzić ich niewinności.

Nieuchronnie nastąpił moment, w którym oprócz oskarżonych, nikt już nic nie wiedział, w tym sędzia. Dlatego też, arbiter chcąc uporządkować jakoś wiedzę, którą uraczyli zebranych na sali oskarżeni, przystąpił do odbierania zeznań od świadków – pokrzywdzonych.

Pierwszy zeznawał właściciel domu.

Na pytanie sądu, czy jest w stanie określić, co dokładnie zginęło w domu, odpowiedział:

- proszę sądu, w domu nie znajdowało się wiele rzeczy o jakiejś szczególnie dużej wartości, natomiast były w nim obrazy które stanowiły dla nas ogromną wartość sentymentalną, były to dwa portrety naszych przodków, jeden pejzaż, oraz jeden obraz, który przedstawiał siedzącego na pniu górala na tle zachodzącego słońca.

Jeśli miały stanowić jakąkolwiek wartość dla złodziei, to mogły to być ramy obrazów, które były stare, złocone i być może, ktoś te ramy mógł od złodziei kupić. Nic więcej nie mogę powiedzieć.

Obrazy się nie znalazły, wiem, że policja próbowała ustalić, gdzie one się znajdują, ale jak powiedziałem wcześniej, to nie były obrazy , które w ogóle chciałby ktoś kupić, i niczym się nie wyróżniały, może prócz tych ram.

Przyszła kolej na zeznania pani domu:

- proszę sądu, poza tym co powiedział już mój mąż, nie mogę dodać nic nowego. Podkreślam, że te obrazy, są dla nas największą stratą, to były obrazy, które od wielu lat, znajdowały się w naszej rodzinie, bardzo żałujemy tej straty, na dwóch obrazach byli nasi przodkowie. Obrazy nie znalazły się, nie były one wyjątkowo charakterystyczne, to było takie malarstwo naiwne, proste, kiczowate, aczkolwiek dla naszej rodziny obrazy bardzo cenne.

Sąd dopytuje – proszę świadka, proszę bliżej opisać te obrazy.

Świadek odpowiada: pejzaż przedstawiał samotne drzewo, na jakimś wzgórzu, dużo błękitu i zieleni, ramy ciężkie, złocone. Obrazy przodków: ramy solidne, pokryte złoceniami, na jednym była ciotka ze strony męża, taka dama w żółtej sukni, czarne upięte w kok włosy, drugi obraz przedstawiał wuja, wuj miał wąsy, został namalowany w ciemnym surducie, a ostatni obraz to był zamyślony góral siedzący na pniu, na tle zachodzącego słońca, wpatrujący się w dal, ten obraz był szczególnie kiczowaty, ale tego też żal, wzruszyła się pani świadek.

Oskarżeni siedzieli za to niewzruszeni, słuchając zeznań świadków, przecież walczyli o wolność – serca mieli więc z kamienia i choćby wiedzieli teraz, gdzie ukryli te obrazy, albo co z nimi zrobili, na pewno, nie wyjawiliby tego nikomu, a szczególnie sądowi.

Sąd okazał się empatyczny. Widząc, że pokrzywdzona rozczuliła się, postanowił chyba dać jej jakąś nadzieję na odzyskanie skradzionego mienia, przynajmniej tak pomyślał mecenas Wąsik, a i jego kolega po fachu, miał myśli podobne . Dlatego sędzia zaczął „drążyć głębiej”

- pani pokrzywdzona, jest pani osobą z wyższym wykształceniem, kulturoznawcą, ma pani wiedzę na temat kultury i sztuki, może są jakieś szczegóły w tych obrazach, o których pani jeszcze nie zeznała, przypomniały się pani, proszę pomyśleć.

Pokrzywdzona otarłszy łzy wzruszenia zaczęła się zastanawiać. Nagle...

Proszę sądu, tak przypomniałam sobie coś jeszcze, ale nie wiem czy to ważne.

Sędzia , zadowolony niejako, że być może na sali sądowej rozwiąże zagadkę, a przynajmniej przysłuży się jej rozwiązaniu i utrze nosa nieudolnym w tej sprawie organom ścigania, oznajmia – proszę pokrzywdzonej, wszystko, każdy szczegół może się okazać ważny ! Proszę mówić !

W tym momencie na sali rozpraw narosło napięcie, oskarżeni zamarli, obrońcy oniemieli, świadkowie zamienili się w słupy soli, nawet mąż pokrzywdzonej jakby zastygł w bezruchu, cisza stała się nieznośna....

Bo, proszę sądu, zaczyna zdanie pokrzywdzona, ten obraz z góralem, wie sąd, z tym co siedział na pniu na tle zachodzącego słońca, wpatrzony gdzieś, ja wiem, że to lichota, ale on jednak miał pewien znak szczególny....

Proszę się nie obawiać, odpowiada sąd, proszę mówić !

Bo, proszę sądu, ten góral, co to siedział na pniu, to jeszcze na dodatek, jak mu się tak człowiek przyjrzał dokładnie, to on był – zezowaty.....

Po sali rozległ się pomruk, ni to ulgi, ni zaskoczenia, akcja przycichła. Oskarżeni znów zaczęli oddychać, świadkowie ruszać kończynami, a mąż pokrzywdzonej spuścił ze świstem powietrze, sąd – sąd natomiast bardzo posmutniał, bo zdał sobie sprawę, że jednak tajemnica zaginionych obrazów, nie zostanie rozwiązana, przynajmniej nie teraz i nie na tej sprawie.

A mecenas Antoni Wąsik, siedzący na ławie obrońców, odwrócił się do swojego klienta i jadowitym tonem zapytał go: panie, naprawdę musieliście kraść zezowatego górala???

Panie mecenasie, k... ! Było ciemno, myśmy naprawdę nie widzieli, że ten góral był zezowaty!

Sprawa zakończyła się zgodnie z przewidywaniami adwokata Wąsika – obydwaj oskarżeni dostali wyroki skazujące, a ponieważ ta historia nie była pierwszą, która im się tak jakoś przytrafiła, jedynie stanowiła ciąg innych podobnych - trafili na jakiś czas do zakładu karnego.

A sekret zaginionych obrazów nigdy nie został rozwiązany.

Kradzież z włamaniem - art.279. Kodeks karny:

§ 1. Kto kradnie z włamaniem, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

§ 2. Jeżeli kradzież z włamaniem popełniono na szkodę osoby najbliższej, ściganie następuje na wniosek pokrzywdzonego.

Dla popełnienia tego przestępstwa konieczne są dwa elementy : kradzież (czyli zabór cudzej rzeczy ruchomej celem przywłaszczenia) i włamanie.

Włamanie. Sąd Okręgowy w Poznaniu, wyrokiem z dnia 31 grudnia 2014 r., ( III K 250/14), określił, że : „Włamanie oznacza natomiast zachowanie polegające na usunięciu przeszkody, stanowiącej zabezpieczenie danego przedmiotu, jeżeli tylko z charakteru zabezpieczenia bez wątpienia wynika zamiar właściciela czy użytkownika niedopuszczenia do niego niepowołanych osób.”

Co to jest przeszkoda stanowiąca zabezpieczenie przed włamaniem?

W powyższej definicji, jest przeszkoda, którą ma usunąć sprawca. Włamanie należy rozumieć nie tyle jako fizyczne uszkodzenie lub zniszczenie bariery chroniącej dostępu do rzeczy, lecz na zachowaniu, którego podstawową cechą jest nieposzanowanie woli dysponenta rzeczy zabezpieczenia jej przed innymi osobami. Rzecz nie musi być zabezpieczona w taki sposób, że dostęp do niej jest możliwy tylko dzięki zastosowaniu siły fizycznej lub skomplikowanych środków technicznych. Tak jest, gdy dysponent rzeczy ( jej właściciel) stworzył ograniczenie jednoznacznie zakomunikowane, że celem jego zainstalowania było wyłączenie dostępu do tych przedmiotów przez osoby nieuprawnione.

Z kradzieżą z włamaniem będziemy mieli do czynienia nie tylko wtedy, gdy sprawca przełamał skomplikowane i wielopoziomowe zabezpieczenia bankowe włamując się do sejfu i kradnąc pieniądze, ale także wtedy, gdy sprawca – bez użycia szczególnie skomplikowanych środków – uszkadza na przykład płot lub ogrodzenie mające chronić mienie lub też wchodzi do pomieszczenia, którego drzwi zabezpieczone są przez rygiel lub haczyk.

Wystarczy, ażeby właściciel czy dysponent rzeczy wyraził chęć zabezpieczenia mienia.

Jako kradzież z włamaniem z art. 279 kodeksu karnego będzie traktowane także otwarcie drzwi oryginalnym kluczem wbrew woli osoby, która była uprawniona do dysponowania pomieszczeniem, a następnie dokonanie zaboru rzeczy.

Uznaje się, że otwarcie drzwi oryginalnym kluczem, wbrew woli osoby uprawnionej ( na przykład właściciela mieszkania), jeżeli towarzyszy temu zamiar dokonania w ten sposób kradzieży, to też włamanie - i tak rzecze wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu z dnia 1 marca 2013 r., sygn. : II AKa 39/13 .

Z orzecznictwa wynika, że Sądy uznają również za włamanie taką sytuację, kiedy sprawca, używa do tego celu klucza, który uzyskał, na przykład od dziecka właścicieli mieszkania - tak orzekał Sąd Apelacyjny w Katowicach ( wyrok z dnia 25 października 2005 r., IIAKa 269/05).

Zamknięte pomieszczenie. Elementem włamania musi być zamknięta przestrzeń. Nie musi to być koniecznie mieszkanie czy dom. Włamać można się do kasy pancernej, do zamkniętej szafy itp.

Włamanie do bankomatu. Włamać się można także do bankomatu. Do uznania, że nastąpiło włamanie do bankomatu, nastąpi jeśli ktoś posłuży się cudzą kartą bankomatową z kodem PIN. Kod to „klucz elektroniczny”, który ma zabezpieczyć dostęp do konta i wespół z kartą ma stanowić potrzebną przy włamaniu „przeszkodę” - wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu z dnia 9 lipca 2014 r. II AKa 180/14).

Zamiar. Aby dokonać kradzieży z włamaniem, konieczne jest, żeby sprawca już w chwili przełamywania zabezpieczeń miał zamiar kradzieży. Inaczej mówiąc, żeby po to właśnie się włamywał, żeby ukraść. W podobnej sprawie wypowiadał się Sąd Najwyższy,który uznał, że włamanie do zamkniętego pomieszczenia w innym tylko celu, niż kradzież znajdujących się w nim rzeczy i dopiero następnie dokonanie ich zaboru, to nie jest kradzież z włamaniem - wyrok Sądu Najwyższego z dnia 23 kwietnia 2013 r. V KK 280/12.

I na koniec warto zaznaczyć - odpowiedzialność za przestępstwo kradzieży z włamaniem nie jest zależna od wartości skradzionego mienia.


Copyright ©2017 Kancelaria Adwokacka, adw. Izabela Katarzyna Wąż All Rights Reserved.
Liczba odwiedzin: 47198
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem